Midibus pojedzie w Gdańsku ponad podziałami

May 26th, 2008

Kazimierz Koralewski, przewodniczący opozycyjnego klubu PiS w Radzie Miasta Gdańska, zapewnił nas, że jego ugrupowanie popiera walkę “Polski Dziennika Bałtyckiego” o przywrócenie midibusowej linii 100, dojeżdżającej do Akademickiego Centrum Klinicznego i Szpitala Zakaźnego w Gdańsku.

- Komunikacja miejska jest ponad politycznymi podziałami. Ta linia jest potrzebna, nawet biorąc pod uwagę obecną dramatyczną sytuację ACK. “100″ powinna funkcjonować, żeby utrwaliła się w świadomości mieszkańców – powiedział nam Koralewski.

Pytany o źródło finansowania linii, mówi tym samym głosem co wiceprezydent Gdańska Maciej Lisicki (PO).

- Z tego co mi wiadomo, są poczynione oszczędności z wpływów za bilety miesięczne – wyjaśnia.
Czy PiS ma swoje pomysły na zmiany w kursowaniu komunikacji w Gdańsku?

- Docierają do mnie skargi od mieszkańców na centra przesiadkowe, na przykład na Chełmie czy przy Akademii Muzycznej. Czekamy na dane statystyczne z Zarządu Transportu Miejskiego – mówi Kazimierz Koralewski. – Wówczas będziemy dyskutować nad tymi sprawami w Komisji Rozwoju Przestrzennego.
Walkę o midibus rozpoczęliśmy na początku maja. Argumentowaliśmy, że wznowienie kursowania “setki” jest niezbędne – niedługo przy Akademickim Centrum Klinicznym zamknięty zostanie parking na 200 samochodów. Ale i bez tego na uliczkach prowadzących do ACK już teraz trudno zaparkować auto, a pacjenci piesi zmuszeni są uprawiać slalom między samochodami tarasującymi chodniki. Przytaczaliśmy wypowiedzi czytelników, którym na dźwięk słowa “ACK” skacze ciśnienie i proszą o skierowanie do innych szpitali.

“Setka” kursowała jesienią 2005 roku przez trzy miesiące. Woziła pasażerów od alei Zwycięstwa do ACK i Szpitala Zakaźnego (tam miała pętlę). Wówczas jednak przedsięwzięcie okazało się nierentowne, dlatego teraz Zarząd Transportu Miejskiego wystąpił z propozycją, by szukać pacjentów dla “setki” nie tylko wśród lekarzy i pacjentów. I tak, podczas próbnego przejazdu, midibus dojechał do pętli Piecki-Wileńska. Z pomysłu kursowania “100″ do Piecków zadowolona jest radna PO Agnieszka Pomaska.

- Po pierwsze, tuż przy pętli na Wileńskiej jest kolejny szpital, Swissmed. Po drugie, znacznie skróciłoby to dojazd do centrum mieszkańcom, którzy teraz zmuszeni są zjeżdżać Jaśkową Doliną do Wrzeszcza i tam przesiadać się w tramwaj. Z uruchomienia takiej linii byliby zadowoleni studenci politechniki – twierdzi.

- Rozmawiałem z dyrektorem ZTM Włodzimierzem Popiołkiem. Poprosiłem go, by do czerwca powstał szczegółowy plan wznowienia kursowania midibusu – informuje tymczasem Antoni Szczyt, wiceszef Wydziału Gospodarki Komunalnej Urzędu Miejskiego w Gdańsku.

Największy problem techniczny, z którym trzeba się zmierzyć, to wąska ul. Jarowa (przesmyk pomiędzy Szpitalem Zakaźnym i Sobieskiego). Do tego dochodzą “garby” oraz znaki zakazu wjazdu dla pojazdów powyżej 3,5 tony na ul. Wileńskiej. Gdański Zarząd Dróg i Zieleni deklaruje “wszelką pomoc” dla takich inicjatyw jak reaktywacja “setki”.

Autor artykułu: Paweł Rydzyński

Ustka. Rybacy ukarani za połowy dorsza większe niż deklarowane


January 19th, 2008

Aż osiem kutrów, które w tym tygodniu zdały złowioną rybę na Aukcji Rybnej w Ustce zdały więcej, niż ich kapitanowie zdeklarowali w specjalnych książkach połowowych. W niektórych przypadkach różnica wyniosła nawet 100 procent więcej niż zdeklarowany połów. Nieprawidłowości wykryli inspektorzy rybołówstwa morskiego ze Słupska. Kapitanom kutrów grożą teraz dotkliwe kary finansowe.


Inspektor rybołówstwa pojawił się na Aukcji Rybnej w Ustce w środę. Zaraz po tym jak odpłynęły spod aukcji ostatnie kutry. Kontrolerzy najpierw sprawdzili ile złowionej ryby mają wpisane w książki połowowe kapitanowie jednostek, a później porównali te liczby z danymi z Aukcji Rybnej.
- W dwóch przypadkach rybacy złowili o sto procent więcej dorsza niż wpisali w książki połowowe. W pozostałych przypadkach było to o około pięćdziesiąt procent więcej – mówi Marcin Mystek, zastępca Okręgowego Inspektora Rybołówstwa Morskiego w Słupsku. – Nasi pracownicy spisali dokładne notatki z kontroli. Teraz przeciwko każdemu z kapitanów będą prowadzone postępowania administracyjne. Dopiero na ich podstawie ustalimy wielkość przewinienia. Mogę tylko powiedzieć, że największa kara za nieraportowane połowy dorsza wynosi 44 tysiące złotych. Zależna jest jednak od wykazanej szkody i wielkości kutra.
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że to nie ostatnia kontrola jaką na usteckiej aukcji zaplanowali inspektorzy rybaccy. Z prezesem Aukcji Rybnej Wiesławem Kamińskim nie udało się nam skontaktować, bo obecnie przebywa za granicą na targach rybnych. Sama aukcja nie będzie jednak miała problemów z powodu kontroli, bo firma nie odpowiada za kapitanów, którzy składają fałszywe deklaracje połowowe. Sami szyprowie mają jednak wiele szczęścia, bo w życie nie wszedł jeszcze unijny taryfikator kar, który właśnie omawiany jest ze środowiskami rybackimi. Według unijnego taryfikatora kapitan, którego przyłapano na zaniżaniu połowów mógłby liczyć się z karą nawet 300 tysięcy euro. Unia Europejska wprowadzając tak wysokie kary, chce zmusić rybaków do przestrzegania limitów.
- Przyznam się, że stawki kar są strasznie wysokie – mówi Kazimierz Wojnicz, prezes Krajowej Izby Producentów Ryb, która współpracuje z Ustecką Aukcją Rybną. – Śmiało można powiedzieć, że armator raz ukarany może jedynie sprzedać swój kuter, bo akurat to, co dostanie za jednostkę starczy na karę. Dla nas to swoista zemsta Unii Europejskiej za nieposłuszeństwo części rybaków, którzy w ubiegłym roku łowili dorsza mimo unijnego zakazu.
Niestety przypadki, kiedy rybacy będą łowili więcej niż pozwalają na to limity będą w tym roku częste. Chociażby dlatego, że tegoroczny limit na dorsza jest o prawie 2 tysiące ton mniejszy niż ubiegłoroczny. W tym roku polscy rybacy będą mieli do odłowienia łącznie 9 750 ton na łowiskach wschodnich (od portu w Dziwnowie na wschód) i 2 245 ton na łowiskach zachodnich (od Dziwnowa na zachód). Średnio na kuter będzie przypadać od 20 do 40 ton. Limit zależny jest od długości jednostki. W ubiegłym roku kuter o długości 17 merów mógł rocznie odłowić średnio 35-37 ton. W tym roku jest to ponad 40 ton. Natomiast mała łódka bezpokładowa do 12 metrów długości w ubiegłym roku mogła złowić od 25 do 27 ton dorsza, a tym maksymalnie 21 ton.
- Po zezłomowaniu floty okazało się, że małych kutrów jest ponad pięćset a dużych jednostek niewiele ponad sto – mówi Grzegorz Hałubek ze Związku Rybaków Polskich. – Dlatego w tym roku zabrano część limitu mniejszym dając większym. Z tego co wiem zmienił się również podział limitu. W ubiegłym roku przyznawano go raz w roku. Teraz limit na poszczególny kuter będzie przyznawany co trzy miesiące. Niestety dla nas, rybaków limity na dorsza są i tak za niskie. Możliwe, że dojdzie do takiej samej sytuacji jak w ubiegłym roku, kiedy rybacy złowili więcej dorsza niż pozwalały na to przepisy.

Autor artykułu: Hubert Bierndgarski

Nie wszyscy w Ustce wymienili już dowody

January 11th, 2008

Jeszcze ponad 500 osób z Ustki nie wyrobiło nowego dowodu osobistego. Starymi dowodami mogą posługiwać się najpóźniej do końca marca tego roku, choć już teraz przy załatwianiu części formalności mogą mieć problemy. Ustecki ratusz nadal przyjmuje interesantów, choć nie przewiduje dla nich wydłużania pracy urzędu.

?- Naszym zdaniem osoby, które jeszcze nie wymieniły dokumentów po prostu przebywają za granicami kraju i dokument nie jest im potrzebny – mówi Jacek Cegła, rzecznik prasowy Urzędu Miasta w Ustce. ?Nowe dowody można wymienić w Urzędzie Miasta przy ulicy Wyszyńskiego 3 w Biurze Dowodów Osobistych. Biuro czynne jest w poniedziałek od godz. 9 do 17 i od wtorku do piątku od 7:30 do 13.

Autor artykułu: Hubert Bierndgarski

Roman Kwiat-Kwiatkowski. Wolę jak się do mnie mówi artysta malarz żeglujący

January 11th, 2008

Z Romanem Kwiat-Kwiatkowskim, usteckim malarzem, grafikiem i żeglarzem o samotnym rejsie po Bałtyku i nagrodzie miesięcznika “Żagle” rozmawia Hubert Bierndgarski??- Kiedy pojawił się pomysł o samotnym rejsie?
?- Pewnie już w momencie, kiedy rozpocząłem budowę swojego jachtu “Romuś”. Niestety ówczesne przepisy żeglarskie był tak restrykcyjne, że samotny żeglarz na jachcie był traktowany jako… przeszkoda nawigacyjna. Byłem jednak uparty. Wstępnie rejs miał się odbyć trzy lata temu, ale brak funduszy oraz restrykcyjne przepisy dotyczące żeglarstwa morskiego spowodowały, że rejs mógł odbyć się dopiero w 2007 roku, w momencie gdy zmieniono przepisy, które żeglarzom takim jak ja zakazywały samotnej żeglugi.
?- Z tego co wiem, to miał pan spędzić na morzu miesiąc czasu, a wyszło 56 dni. Read the rest of this entry »

Opiekun wysokiego ryzyka

June 26th, 2007

Dziesiątki pseudo-przewodników kuszą polskich turystów w Alpach
Precedensowy proces Polaka oskarżonego o prowadzenie w góry wycieczki bez odpowiednich uprawnień. Za narażenie życia osób, które zabrał na Mont Blanc we Francji, grozi mu rok więzienia i 15 tys. euro grzywny.

Proces 37-letniego Sławomira Radzikowskiego rusza w czwartek w alpejskiej miejscowości Chamonix. To epilog dramatycznej wyprawy, którą mężczyzna zorganizował w połowie maja: obiecał trojgu turystów z Polski, że wprowadzi ich na najwyższy szczyt Europy – niemal pięciotysięczny Mont Blanc, a gdy warunki pogodowe się pogorszyły, wrócił sam, pozostawiając grupę samą w górach.

Wśród turystów była Aleksandra G. z Olsztyna (nie zgodziła się na publikację nazwiska). Gdy zerwał się wiatr i rozpętała śnieżyca, razem z innym uczestnikiem wyprawy chciała wezwać ratowników. Radzikowski się nie zgodził. Postraszył podopiecznych wysokimi kosztami akcji ratunkowej. Kiedy mimo wszystko zaczęli wzywać pomocy, zostawił ich na stoku góry, a sam schodził dalej. Trójkę turystów ewakuował z masywu góry helikopter francuskiej żandarmerii – za darmo.

W Chamonix na niesolidnego przewodnika, który za wyprawę zainkasował od turystów po 450 euro, czekał prokurator. Według prokuratury Radzikowski świadczył usługi przewodnickie nielegalnie – nie miał uprawnień dla przewodników: ani polskich, ani międzynarodowych. Prokurator oskarżył go o narażenie życia trzech osób.

Sławomir Radzikowski zapewnia, że ma wspinaczkowe doświadczenie. Jednak dopytywany nie potrafi powiedzieć, gdzie wspinał się ostatnio i jak trudna była to wspinaczka. W końcu stwierdza, że wspinaczki uczył się… w wojsku.

Początek procesu w Chamonix zbiega się z otwarciem sezonu turystycznego w Alpach. Co roku jeżdżą tam setki młodych Polaków, często korzystając z usług ludzi bez górskiego doświadczenia.Polski Związek Alpinizmu i sami alpiniści nie znają dokładnych danych na temat tego, ilu przewodników amatorów z Polski prowadzi klientów w góry bez uprawnień. – Oceniamy, że każdego roku z ich usług może korzystać od kilkuset do tysiąca osób – mówi Marcin Kacperek, przewodnik międzynarodowy, szef Polskiego Stowarzyszenia Przewodników Wysokogórskich.

Przewodnicy amatorzy poszukują klientów po cichu, bo w Polsce do prowadzenia turystów w góry potrzebna jest licencja. Dlatego wyprawy, które organizują, nazywają partnerskimi – ma to sugerować, że jadą w góry w grupie, w której każdy sam podejmuje ryzyko. Znajdują klientów, bo są tańsi niż licencjonowani przewodnicy.

Jaki wybór mają ludzie, których pociągają góry, a nie mają pieniędzy na licencjonowanych przewodników? – Zamiast ryzykować wyprawę z oszustami, powinny zapisywać się do klubów wysokogórskich. Tam mogą się wyszkolić za stosunkowo nieduże pieniądze. To pozwoli im działać i podejmować ryzyko na własną, a nie cudzą odpowiedzialność – mówi Marcin Kacperek.

Pięć ofiar firmy Extrek W konkurencji przewodników amatorów najgorszą sławą owiana jest wrocławska firma Extrek Piotra Balcerzaka. W lutym tego roku podczas jego wyprawy trójka Polaków spadła w przepaść z Matterhornu – sam Balcerzak siedział wtedy bezpiecznie w schronisku. Dwa lata wcześniej w jego wyprawie na kaukaską Uszubę zginęła dwójka młodych ludzi. Pomimo tych wypadków Extrek nadal działa i ogłasza się w Internecie

Autor artykułu: Krzysztof Kowalczyk

Gdynia. Ojciec skakał po masce samochodu swojego syna

June 4th, 2007

49-letni Kazimierz R., mieszkaniec dzielnicy Chylonia w Gdyni, po kłótni ze swoim synem wszedł w niedzielę wieczorem na dach jego opla corsy i zaczął po nim skakać. Uszkodził boczne lusterko samochodu i antenę radiową. W pewnym momencie zakręciło mu się w głowie. Poślizgnął się i upadł na betonowy chodnik. Upadek był tak niefortunny, że Kazimierz R. uszkodził sobie kręgosłup. Został natychmiast przewieziony do szpitala.
- Ustalamy dokładny przebieg tego zdarzenia – informuje Donata Kozieniec, rzecznik prasowy komendanta miejskiego policji. – Syn powiedział nam, że ojciec po awanturze próbował go zatrzymać, a widząc, że ten odjeżdża wskoczył na maskę samochodu. Gdy tylko Kazimierz R. poczuje się lepiej wówczas i on zostanie przesłuchany.

Autor artykułu: (maj)

Gdynia. 11-latki ukradły złoto

June 4th, 2007

Dwóch jedenastoletnich chłopców wyważyło w niedzielę wieczorem drzwi do mieszkania swojego kolegi przy ul. Żarnowieckiej w dzielnicy Oksywie w Gdyni i ukradło złotą biżuterię wartości ponad 1 tys. zł. Pomysł przyszedł im do głowy na placu zabaw, gdzie obaj wcześniej się bawili.
- Nieletni włamywacze powiedzieli podczas przesłuchania, że nie planowali ukraść złota, ale skorzystali z okazji. Wiedzieli, że w domu kolegi nie ma nikogo – mówi Donata Kozieniec, rzecznik prasowy komendanta miejskiego policji. – Po splądrowaniu kilku pokoi zabrali biżuterię. Później ukryli ją w swoich mieszkaniach. Jedenastoletnimi Damianem i Patrykiem zajmie się teraz sąd rodzinny, który zdecyduje o dalszym losie chłopców. Złoto w całości zostało odzyskane.

Autor artykułu: (piw)

Mieszkańcy Ostaszewa, Krynicy Morskiej i Nowego Dworu Gd. wybrali w drugiej turze swoich włodarzy

December 1st, 2006

Tadeusz Studziński został burmistrzem Nowego Dworu Gd., Adam Ostrowski Krynicy Morskiej, a Kazimierz Stadnicki wójtem Ostaszewa. To obok wójtów: Eugeniusza Wyrzykowskiego w Stegnie i Stanisława Kochanowskiego w Sztutowie, nowi włodarze na Żuławach i Mierzei Wiślanej.

Druga tura już za nami. W Mieście i Gminie Nowy Dwór Gd. Tadeusz Studziński otrzymał 2407 głosów. Na Zbigniewa Piórkowskiego, jego kontrkandydata, głosowało 1495 osób. Read the rest of this entry »

Nowy Dwór Gd. Remont dachu nie cieszył mieszkańców

November 30th, 2006

Odbiór dachu jednego z budynków przy ulicy Dąbrowskiego w Nowym Dworze Gd. odbył się w tym tygodniu. Tym samym zakończył się kilkumiesięczny remont, który budził emocje wśród mieszkańców.
Rozpoczął się na początku wakacji, zakończył w październiku.

- Od razu rozebrano cały dach – skarży się mieszkająca tam Genowefa Słojewska. – W efekcie całe lato mieszkaliśmy w zasadzie “pod gołym niebem”. We wrześniu przyszła jedna nawałnica, gwałtowne opady były też w październiku. Mieszkamy na górze, więc zalało nasze mieszkania. Na ścianach pojawił się grzyb. Dobrze wiemy, co to oznacza, bo już nieraz z nim walczyliśmy. Mam chore dzieci, w tym jedno z astmą.

Jak mówi pani Słojewska, wtedy dopiero rozpoczęły się problemy.
- Przychodził wykonawca, potem podwykonawca. Na początku dogadaliśmy się, że straty zostaną pokryte z ubezpieczenia, a potem usłyszałam, że dostaniemy 200 złotych i zrobią jakiś paseczek na suficie – dodaje. – Cały remont pozostawia dużo do życzenia. Dlaczego przez kilka miesięcy nie zabezpieczono okien i parapetów, dlaczego nie było rusztowań?

Janusz Ossowski, właściciel firmy, która podjęła się remontu, przyznaje, że jego podwykonawca źle rozpoczął pracę.
- Nie powinien rozbierać całego dachu, tylko robić to etapami – twierdzi. – Po raz pierwszy pracowaliśmy razem, ponieważ mój stały wykonawca akurat był poza Nowym Dworem Gd. Wykonaliśmy poprawki, które zalecił nam inspektor. Odbiór został wykonany z wyjątkiem jednego mieszkania. Tutaj dogaduje się podwykonawca.
- Byliśmy przy odbiorze – dodaje Genowefa Stojewska. – W ciągu dwóch tygodni mamy mieć wyremontowane mieszkanie. Zakres to zbicie tynków, “odgrzybienie” oraz pomalowanie.

Autor artykułu: Anna Szałkowska

Jantar – Nowy Dwór Gd. Po pół roku można zostać pracownikiem do obsługi i hodowli użytkownika koni

November 29th, 2006

Jeżeli jesteś zarejestrowanym bezrobotnym i lubisz na co dzień obcować z naturą, możesz zostać wykwalifikowanym pracownikiem do obsługi i hodowli użytkownika koni. Półroczny kurs przeprowadzi Grupa Buffalo Bill Jantar, którą reprezentują Alina Bondaruk oraz Jerzy Ożga, specjalista ds. hodowli koni i instruktor.

Wszystko sfinansuje Powiatowy Urząd Pracy w Nowym Dworze Gd.
- To ciekawa propozycja – mówi Danuta Kalitka, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Nowym Dworze Gd. – W kursie może wziąć udział 10 osób. Dla kursantów jest całkowicie bezpłatny, dla nas to koszt 2200 zł na osobę. Dodatkowo zwracamy, m.in. za dojazd, dajemy stypendia.

Okazuje się, że pracy w tym zawodzie nie zabraknie.
- Nie mamy jeszcze kursantów, a już przyjeżdżają do mnie ich potencjalni pracodawcy – śmieje się Jerzy Ożga.

Jak twierdzi, kandydaci do szkolenia nie muszą posiadać specjalnych umiejętności, np. jeździć konno. To poznają na miejscu.
- Przez pół roku nie tylko można się wiele nauczyć, ale również zrozumieć i poznać konia – twierdzi Jerzy Ożga.

Kurs będzie trwał 360 godzin, od poniedziałku do piątku. Codziennie przez cztery godziny uczestnicy poznają teorię z zakresu obsługi, hodowli i użytkowania konia, wezmą też udział w zajęciach praktycznych.
- Będą musieli nauczyć się podstaw słownictwa angielskiego i niemieckiego w tej dziedzinie – dodaje instruktor. – Dużo pracy jest nie tylko w kraju, ale i za granicą.
Szkolenie kończy się egzaminem. Można się jeszcze zapisywać, ale czas nagli. Według planu organizatorów, kurs ma się rozpocząć jeszcze w tym roku.

Autor artykułu: Anna Szałkowska